Trochę mam wyrzutów sumienia w związku z tą sytuacją. To jednak było "po za mną". Być może również ze względu na doświadczenia alkoholowe w moim otoczeniu.
Na lotnisku chwiejąc się i bełkocząc coś pod nosem wsiada, starszy 65 plus jegomość. Czuć od niego na przysłowiowy kilometr, niestrawiony kilkudniowy alkohol, brudne ubrania dopełniają anturażu. Umościł się na przednim siedzeniu i po dłużej chwili zagaja. To gdzie my właściwie jesteśmy, w Katowicach, sam sobie odpowiada. Dokąd chce Pan jechać dopytuję. Zamroczenie nie pozwala mu na sensowną odpowiedź. Po kilku próbach i pytaniu czy ma czym zapłacić poddaję się. Proszę opuścić mój samochód, mówię w końcu. Po dłuższej chwili odpowiada w swym stylu, pana życzenie jest dla mnie rozkazem. W końcu udaje mu się wydostać z taksówki. Zapach po niedoszłym pasażerze udało mi się wybawić dopiero po powrocie do domu... Smutny człowiek, smutna sytuacja. Nie byłem w stanie zawieźć go dokądkolwiek. Pierwszy raz miałem taką sytuację. Zareagowałem bardziej instynktownie niż racjonalnie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz